sobota, 30 lipca 2011

o chłopcu,który chciał fruwać

Tadam! Skończyłam Mikołajowe skrzydła, dziś mąż zajął się dziećmi, a ja niemalże w całości czas poświęciłam maszynie do szycia (z przerwą na gotowanie!). Planowałam ułożyć kolory tak, aby skrzydła wyglądały symetrycznie, niestety przy naszywaniu brakło mi nieco "piórek" więc od mniej więcej połowy nastąpił tak zwany freestyle:). Ostatecznie miało być kolorowo i pstrokato. Ponadto troszkę bym ulepszyła patent i myślę, że warto delikatnie połączyć też dół skrzydeł, przy większym wietrze wszystko naszemu ptaszysku leciało do przodu.

No i teraz historia z morałem, zwłaszcza dla rodziców wrażliwych trzylatków. Skrzydła czekały na Mikołaja, kiedy wrócił ze spaceru. Od razu chciał je przymierzyć i pójść do ogródka. Przywiązałam mu wszystkie troczki i pobiegł. Poszłam po aparat. Znim go wyciągnęłam, mój synek wrócił z płaczem. Wiecie dlaczego płakał? Bo nie pofrunął! Na szczęście udało mi się go przekonać, że może pofruwać tak na niby i ostatecznie uniósł się w powietrze przy pomocy trampoliny:).
Skoro już zasiadłam do maszyny, prędko chyba jej nie schowam. W kolejce czeka kilka projektów, część już skorojona, część tylko w głowie. Na przydład teraz sobie dołożyłam nieco pracy i pociachałam odrobinę tkaninowej tym tazem tęczy:). CDN....



niedziela, 24 lipca 2011

ruszyła maszyna ospale...

Nie wiem, ile czasu minęło od mojego ostatniego spotkania z maszyną do szycia, kiedy ją wyciągnęłam, nie byłam do końca pewna, co i jak, a kiedy w ostatecznie uruchomiłam, nie byłam przekonana, że wszystko robię dobrze. Na szczęście udało mi się ustawić ją tak, jak trzeba i zdaje się, że nie taki stary sprzęt działa jak "ta lala". Trochę nieszczęsnie obrałam sobie swój piewszy maszynowy cel - skrzydła dla Mikołaja. Sam projekt jest prosty i nie wymaga prezycji, ale ilość naszywanych "piórek" skutecznie zniechęca mnie do kontynuowania pracy. Na ten weekend zaplanowałam sobie coś jeszcze, ale nawet owych skrzydełek nie udało mi się skończyć. Mam nadzieję, że jeszcze w tym tygodniu Mikołaj "pofrunie". Do wykonania tych dziecięcych skrzydełek zainspirował mnie jak zwykle Pinterest, a skorzystałam z instrukcji Eri. Serdecznie polecam!


Szydełko oczywiście również jest w ciągłej akcji, wszystkie kwadraty do poduszki numer dwa mam już zrobione, teraz znów żmudna praca chowania nitek i łączenia ich w całość. Myślę, że są to moje ostatnie szydełkowe "dzieła", które wymagają tyle czasu na połączenie.


Poszewka numer trzy, również szydełkowa, jest w połowie gotowa, myślę że z tą pójdzie mi szybciej:). 

Oprócz tego panna Lenka już czasami chodzi na spacery o własnch nóżkach (aczkolwiek dalej niż 200 metrów od domu nie udało nam się odejść:)) i w związku z chodzeniem ma nowe, cudne buciki. Baardzo chciałabym takie w rozmiarze 39:).


Życzę wam wszystkim udanego tygodnia i dużo dużo słońca!:*


wtorek, 12 lipca 2011

Poducha 1/9 i znowu to tej tęczy:)

Po wielkiej męczarni związanej z łączeniem elementów poduszki, numer jeden uznaję niemalże za zakończony. Muszę jeszcze dopracować zamknięcie poduchy, ponieważ zabrakło mi jakichś ciekawych guzików w domu, tymczasowo użyłam kawałków wstążki. Najbardziej żałuję, że tę tasiemkę pocięłam, bo mogłam zawiązać coś w stylu sznurowadeł i wydaje mi się, że takie rozwiązanie zaakceptowałabym na stałe. Tak czy owak, Panie i Panowie, przedstawiam wam Numer Jeden!



Zaśmiewam się z tego zdjęcia poniżej. Nie wiem skąd Mikołaj wypracował sobie uśmiech "zdjęciowy". Oto i on:).
Od dziś do naszych zabawek dołączyła tęcza, o której wspominałam w poprzednim poście. Jestem zachwycona tymi kawałkami drewna, dają niesamowite możliwości, pobudzają wyobraźnię dziecka i rodziców no i zmuszają do myślenia. Nie można tego oczekiwać od głośnych, samoobsługujących się zabawek, które teraz zalewają rynek. Wraz z tęczą otrzymaliśmy katalog i przepadłam! Niestety (albo i na szczęście), nie są to tanie rzeczy, ale będzie przyjemnie na nie odkładać.


Dziś udało nam się stworzyć wielki i kolorowy tunel dla kolejki z ikea......


.....oraz "labirynt" dla samochodzików:
 Wieczorem budowaliśmy jeszcze tęczowe wieże i nawet mąż uznał, że to fajna rzecz, więc jestem tęczowo szczęśliwa dziś:).
Udanego tygodnia!!!!

czwartek, 7 lipca 2011

opory, kolory i małe sukcesy

Witajcie! Po pierwsze, łączenie kwadratów za pomocą szydełka lub igły nie sprawia mi żadnej frajdy i idzie baaardzo opornie! Jeśli ktokolwiek ma jakiś sposób na usprawnienie tej czynności, chętnie podpatrzę. Na osłodę, ale i też dlatego, że nie mogłam oprzeć się kolorom, zaczęłam kwadraty na kolejną poduchę, a włóczki dobrałam tak samo, jak autorka bloga Tipsy Tessie.


Obiecałam też ostatnio dziecku tęczę Grimm's, na którą Mikołaj niecierpliwie czeka, a ja gormadzę fundusze. W formie tymczasowego zastępstwa, ułożyliśmy sobie tęczowy okrąg z włóczek, który mały rozrabiaka momentalnie wykorzystał w celach gimnastycznych, urządzając sobie z niego kałużę, do której skakał z krzesła:).


Najważniejsze na koniec: moja malutka córka sama chodzi! Wygląda przy tym nieco jak zombie, bo rączki zabawnie trzyma w górze dla równowagi, jesteśmy z niej bardzo dumni! Starszy brat nie może się już doczekać, kiedy Lena będzie biegać, żeby zabawa z nią była fajniejsza, a ja po cichu myślę, że chyba pora na porządne buty do joggingu, bo w tych które mam, takiej dwójki nie dogonię:).


Ponieważ weekend zbliża się do nas wielkimi krokami, życzę wam słonecznej i udanej końcówki tygodnia!

niedziela, 3 lipca 2011

dziewięć poduszek, geocaching i tarta czekoladowa

Ostatnio przegrywam walkę z czasem. Ja swoje, a on swoje. Doba jest zdecydowanie za krótka, głowa jest zbyt pełna pomysłów a dzieci jak to dzieci - bardzo wymagające. Niemniej jednak zdecydowałam, że dziewięć poduszek różnej wielkości, każda z "innej parafii", dostanie nowe poszewki. Część poszewek mam zamiar zrobić na szydełku, dla pozostałych w końcu wyciągnę z szafy maszynę do szycia, na co już czekam z lekkim podekscytowaniem! 
Poducha numer jeden jest już niemal gotowa, brakuje mi jeszcze trzech kwadratów, całość będę musiała połączyć, pochować wystające nitki i jakoś umocować zapięcie (najpewniej drewniane guziki). Muszę się przyznać, że nie mogę doczekać się końca tego projektu, przede wszystkim dlatego, że będę mogła zacząć kolejny:)


W mojej kuchni też ostatnio trochę się dzieje, próbujemy nowych rzeczy (na przykład pyszna sałatka z awokado, bekonem, pomidorkami i makaronem!). Kilka dni temu porwałam się na (z pozoru łatwą) tartę czekoladową z truskawkami według przepisu Doroty. Spaliłam jeden spód (nie mam do teraz pojęcia jak to się mogło stać!) ,na szczęście zrobiłam więcej ciasta i drugi wyszedł już idealnie, później tylko mała walka z pierwszym samodzielnie robionym budyniem i tarta gotowa, serdecznie polecam!


Muszę też wspomnieć o baaardzo ciekawym odkryciu, nie moim niestety. Pewien znajomy rodzynek (bo płci męskiej) z chustoforum zaraził kilka osób ideą, tudzież zajęciem zwanym geocaching. Fantastyczna rzecz dla ludzi uwielbiających odkrywać nowe miejsca, mając przy tym jakiś konkretny cel (znaleźć skarb). Świetna zabawa dla dzieci i czasami gratka dla fotografów, bardzo gorąco polecam! Dziś wyruszyliśmy z nadzieją na znalezienie dwóch skarbów, niestety wyszliśmy z lasu z jednym, ale bardzo zadowoleni:)



 Życzę Wam wszystkim udanego tygodnia!

niedziela, 19 czerwca 2011

tęcza nieco inaczej

Od kiedy mam nowe i nieskończone źródło inspiracji, zamarzyło mi się upieczenie tęczowego tortu. Zakładałam, że nie jest łatwo i kosztuje to baardzo dużo pracy, zdecydowanie za dużo pracy, kiedy się ma dwoje energicznych dzieci. Na szczęście zbieg okoliczności i obecność teściowej pozwoliły mi owy tort (w dwóch podejściach) upiec w spokoju, a cała misja zakończyła się sukcesem! Z dumą prezentuję Wam nie do końca idealny, ale jakże pełen miłości tęczowy tort urodzinowy Leny i Mikołaja.


Bardzo soczyste kolory osiągnęłam przez dodanie zaledwie maleńkiej łyżeczki (do karmienia niemowląt) barwnika spożywczego Wilton w formie pasty. Podobno najlepiej używać właśnie barwnika w żelu lub paście i unikać płynnej formy tego dodatku, żeby kolory były żywe.


Mój spód stanowił biszkopt, bo wiedziałam że się na nim nie zawiodę, każda warstwa to OSOBNO ubijany biszkopt z dwóch jaj (za pierwszym podejściem nie wpadłam na to, że nie można sobie tego ciasta przygotować hurtem z jaj 12, bo po upieczeniu jednej warstwy reszta będzie do wyrzucenia:)).
Krem zrobiłam z bitej śmietany z dodatkiem zgniecionych świeżych malin, żeby przełamać słodycz deseru. Następnym razem postawię na inną masę, bita śmietana na następny dzień niestety nie jest już taka wspaniała, ile to się człowiek uczy na błędach:).



Ostatecznie gwóźdź kulinarnego programu przyjęcia urodzinowego dzieci uważam za bardzo udany, jak i całą imprezę. Gdyby tylko w końcu chciało do nas przyjść lato, to byłoby idealnie. Tymczasem panuje tutaj temperatura około 15 stopni i większość czasu pada:(.
W ramach marzeń o lecie i w tematyce tęczowej, na talerzu ułożyłam też kolorowe owoce i aż trudno mi w to uwierzyć, wczoraj wieczorem po imprezie na niebie pojawiła się niewielka tęcza!!!


A na koniec moje piękne dzieci lat 1 i 3:)



wtorek, 7 czerwca 2011

Dwanaście miesięcy

Dwanaście miesięcy temu, około godziny 13 urodziła się pewna młoda dama, moja córka Lena. Wciąż nie mogę uwierzyć, że upłynęło już tyle czasu, nadal mam wrażenie, że Lena pojawiła się w naszym życiu całkiem niedawno! Była takim małym okruszkiem...


...a dwa dni temu postawiła pierwsze małe kroczki, gada jak najęta (po swojemu oczywista), wspina się gdzie może i wszędzie jej pełno:).


W związku z tym, że za kilkanaście dni urodziny obchodzi również Mikołaj, postanowiliśmy uczcić ich święto wspólnie, a dziś gdy solenizantka spała, ja i małe pomocne rączki Mikusia przygotowaliśmy urodzinowe babeczki. Jako, że Lena uwielbia maliny, nafaszerowaliśmy je właśnie tymi owocami, czekoladą i suszoną żurawiną.
Przepis jest banalnie prosty a wykonanie nie zajmuje więcej niż 15 minut.
Potrzebujemy:
suche składniki
2 szlkanki mąki
1 łyżkę proszku do pieczenia
3 łyżki cukru
cukier waniliowy
1 łyżeczka soli

mokre składniki
1 jajo roztrzepane
1 szklanka mleka
1/2 szklanki oleju

Aby zrobić ciasto należy wymieszane mokre składniki wlać do suchych i wszystko wymieszać niezbyt dokładnie, dodać garść suszonej żurawiny, 100 g posiekanej mlecznej czekolady oraz około 1 i 1/2 szklanki malin.

Ja swoje babeczki piekę w silikonowych papilotkach, kiedyś piekłam w papierowych i też były wyśmienite. Pieczemy je około 20 minut.

i pozostaje mi życzyć smacznego!