niedziela, 19 czerwca 2011

tęcza nieco inaczej

Od kiedy mam nowe i nieskończone źródło inspiracji, zamarzyło mi się upieczenie tęczowego tortu. Zakładałam, że nie jest łatwo i kosztuje to baardzo dużo pracy, zdecydowanie za dużo pracy, kiedy się ma dwoje energicznych dzieci. Na szczęście zbieg okoliczności i obecność teściowej pozwoliły mi owy tort (w dwóch podejściach) upiec w spokoju, a cała misja zakończyła się sukcesem! Z dumą prezentuję Wam nie do końca idealny, ale jakże pełen miłości tęczowy tort urodzinowy Leny i Mikołaja.


Bardzo soczyste kolory osiągnęłam przez dodanie zaledwie maleńkiej łyżeczki (do karmienia niemowląt) barwnika spożywczego Wilton w formie pasty. Podobno najlepiej używać właśnie barwnika w żelu lub paście i unikać płynnej formy tego dodatku, żeby kolory były żywe.


Mój spód stanowił biszkopt, bo wiedziałam że się na nim nie zawiodę, każda warstwa to OSOBNO ubijany biszkopt z dwóch jaj (za pierwszym podejściem nie wpadłam na to, że nie można sobie tego ciasta przygotować hurtem z jaj 12, bo po upieczeniu jednej warstwy reszta będzie do wyrzucenia:)).
Krem zrobiłam z bitej śmietany z dodatkiem zgniecionych świeżych malin, żeby przełamać słodycz deseru. Następnym razem postawię na inną masę, bita śmietana na następny dzień niestety nie jest już taka wspaniała, ile to się człowiek uczy na błędach:).



Ostatecznie gwóźdź kulinarnego programu przyjęcia urodzinowego dzieci uważam za bardzo udany, jak i całą imprezę. Gdyby tylko w końcu chciało do nas przyjść lato, to byłoby idealnie. Tymczasem panuje tutaj temperatura około 15 stopni i większość czasu pada:(.
W ramach marzeń o lecie i w tematyce tęczowej, na talerzu ułożyłam też kolorowe owoce i aż trudno mi w to uwierzyć, wczoraj wieczorem po imprezie na niebie pojawiła się niewielka tęcza!!!


A na koniec moje piękne dzieci lat 1 i 3:)



wtorek, 7 czerwca 2011

Dwanaście miesięcy

Dwanaście miesięcy temu, około godziny 13 urodziła się pewna młoda dama, moja córka Lena. Wciąż nie mogę uwierzyć, że upłynęło już tyle czasu, nadal mam wrażenie, że Lena pojawiła się w naszym życiu całkiem niedawno! Była takim małym okruszkiem...


...a dwa dni temu postawiła pierwsze małe kroczki, gada jak najęta (po swojemu oczywista), wspina się gdzie może i wszędzie jej pełno:).


W związku z tym, że za kilkanaście dni urodziny obchodzi również Mikołaj, postanowiliśmy uczcić ich święto wspólnie, a dziś gdy solenizantka spała, ja i małe pomocne rączki Mikusia przygotowaliśmy urodzinowe babeczki. Jako, że Lena uwielbia maliny, nafaszerowaliśmy je właśnie tymi owocami, czekoladą i suszoną żurawiną.
Przepis jest banalnie prosty a wykonanie nie zajmuje więcej niż 15 minut.
Potrzebujemy:
suche składniki
2 szlkanki mąki
1 łyżkę proszku do pieczenia
3 łyżki cukru
cukier waniliowy
1 łyżeczka soli

mokre składniki
1 jajo roztrzepane
1 szklanka mleka
1/2 szklanki oleju

Aby zrobić ciasto należy wymieszane mokre składniki wlać do suchych i wszystko wymieszać niezbyt dokładnie, dodać garść suszonej żurawiny, 100 g posiekanej mlecznej czekolady oraz około 1 i 1/2 szklanki malin.

Ja swoje babeczki piekę w silikonowych papilotkach, kiedyś piekłam w papierowych i też były wyśmienite. Pieczemy je około 20 minut.

i pozostaje mi życzyć smacznego!

poniedziałek, 30 maja 2011

tęcza i rowery

Wczoraj po powrocie z Cambridge zawzięłam się i postanowiłam skończyć szalik z wełny kauni, o którym pisałam już wcześniej. Dzieci były baaardzo zmęczone i zasnęły szybko, więc miałam jeszcze więcej czasu dla siebie. Nie jest jeszcze tak do końca gotowy, ale chciałam go wam pokazać! Wygląda pięknie, jedynie dzięki urodzie wełny właśnie, w związku z tym postanowiłam, że jak poprawię swoje umiejętności władania szydełkiem, to dam mu kiedyś nowe i bardziej dostojne życie. Tym czasem będzie mi służył jako baktus.




Wyprawa na spotkanie z koleżanką była niezwykle udana, nie wiem tylko po co targałam ze sobą wszędzie aparat i 3 (słownie TRZY) obiektywy. Zrobiłam może 10 zdjęć, żadne z nich godne uwagi, a ramię od dźwigania boli mnie do dziś. Coż, może następnym razem będę mądrzejsza:) W Cambridge niezmiennie fascynuje mnie natłok rowerów, które są wszędzie.



Miałam nadzieję na zakupowe szaleństwo, ale chyba muszę być chora, bo przywiozłam ze sobą tylko trzy niewielkie motki wełny, w związku z którą mam bardzo ambitny plan:).

Dobrego poniedziałku!!!

sobota, 28 maja 2011

Dziękuję!

Muszę przyznać, że bardzo zaskoczyła mnie liczba komentarzy pod postem cukierkowym. Spodziewałam się, że skoro niewiele osób wie o moim nowym blogu, mało kto zajrzy tutaj ponownie. Pięknie dziękuję i teraz już wiem, że ktoś będzie mnie czasami czytał:)

A teraz uwaga uwaga, ogłaszam wyniki losowania. Napięcie rośnie wiem wiem...... tkaniny oraz pierwszy numer Mollie Makes lecą do Kamili, która tworzy przecuuuudne patchworki! Gratuluję i Kamilo proszę o kontakt mailowy (tsumiko.iza@gmail.com).

U nas nastał długi weekend i tym razem mam przyjemność mieć męża w domu, w związku z czym uwaga... jutro wybieram się BEZ dzieci na spotkanie z koleżanką, ploty przy kawie i może jakieś małe babskie zakupy! Dawno nie byłam tak podelscytowana:)
Ponadto dziś w sklepie nie mogłam się oprzeć i kupiłam sałatę, której odmiany nie znam, tylko dlatego, że bardzo mi się podobała. Smakuje tak samo jak zwyczajna sałata:(.

A Lena miała drugie podejście do truskawek, pierwsze zakończyło się wysypką. Wbrew pozorom, zjadała je ze smakiem:)
Jeszcze raz dziękuję wszystkim za udział w candy i życzę Wam udanej reszty weekendu!

środa, 25 maja 2011

dzień mnie zaskoczył

Wczorajszy dzień zaskoczył mnie totalnie. W związku z silnie wiejącym wiatrem spodziewałam się, że gdy tylko otworzę drzwi domu, oberwę pyłem wulkanicznym z Islandii w twarz! Nic bardziej mylnego, wiatr nadal wiał, ale nie tak straszliwie, a na dworze było przyjemnie i słonecznie. Znów mogłam dzieci zabrać do lasu i  do parku. 


Na ten kwiat maku czaiłam się od dawna, maki już prawie przekwitły a mnie nigdy nie udało się zatrzymać i pochylić nad nimi z aparatem. Kompozycja wyglądała niezmiernie polsko na białym tle ogrodzenia. Niestety znów zawiało, więc jedyne makowe zdjęcie jakie posiadam, to to poniżej:)

Wiejący nieustannie wiatr otoczył mnie wczoraj zapachem świeżego chleba, wypiekanego w pobliskiej piekarni, stąd też u nas w domu zapanował zapach ciasta drożdzowego. Palce lizać! Jeśli ktoś się odważy, podaję swój przepis, niemniej jednak zazwyczaj ciasto robię na tak zwane oko, więc może on nie być miarodajny, aczkolwiek wychodzi zawsze!

Potrzebujemy:
500 g mąki
2 jaja
pół szklanki cukru
cukier waniliowy
pół kostki drożdży (50g)
około 400 ml ciepłego mleka
1/3 kostki masła

♣ z odrobiny mąki, cukru, mleka (około 2 łyżki) i drożsży robimy zaczyn i czekamy aż podwoi on swoją objętość
♣ do dużej misy wsypujemy przesianą przez sito mąkę, dodajemy cukier, cukier waniliowy i jaja, mieszamy razem
♣ dodajemy mleko, wyrabiamy ciasto; następnie dodajemy wyrośnięty zaczyn (znów wyrabiamy ciasto) oraz roztopione masło i wyrabiamy aż ciasto będzie odchodzić od ręki

Ciasto zostawiamy do wyrośnięcia, następnie przekładamy na wyłożoną papierem do pieczenia blaszkę i posypujemy owocami (tym razem użyłam borówki amerykańskie, polecam starte i posdmażone z cynamonem jabłka!). Pieczemy około 40 minut w temp 170 stopni. Smacznego!




poniedziałek, 23 maja 2011

Candy! Zapraszam!

Skromnie troszkę, ale chciałam się z wami podzielić. Jak już wspomniałam, z niecierpliwości wrodzonej stałam się właścicieklą dwóch egzemplarzy magazynu Mollie Makes, więc jeden chętnie odstąpie. Znajdziecie w nim mnóstwo pomysłów oraz zestaw filcu i szablony, dzięki którym wykonacie etui na telefon, o którym też pisałam kilka postów wcześniej. Do gazety dorzucam kilka dość sporych kawałków dizajnerskich tkanin. Żeby wziąć udział w losowaniu candy, należy jak zawsze zostawić komentarz pod tym postem oraz zamieścić na swoim blogu linka do tegoż właśnie. Zapraszam serdecznie! Zwycięzca zostanie wylosowany w sobotę, 28 maja:)

niedziela, 22 maja 2011

kucharz duży i kucharz mały:)

Gdy tylko ujrzałam w lokalnym hipermarkecie zestaw małych akcesoriów kuchennych (wałek, trzepaczka, łopatka, drewniana łyżka i kilka foremek do wycinania ciastek), nie mogłam się oprzeć i wrzuciłam go do koszyka.

Dziś przystąpiliśmy z Mikołajem do dzieła! Było to dla mnie niezwykle ważne, ponieważ mój syn niespecjalnie lubi brudzić się jedzeniem. Zabawa ta dała mi trochę nadziei, że może jednak coś się zmieni. Miki ubijał jajka, mieszał i sypał mąkę, wałkował ciaso, wycinał różne kształty a na końcu zjadł to, co zostało w misce (!!!bo to duży sukces!!!).

Trochę bałaganu i dobra zabawa. Późniejszym popołudniem mój maluch kroił radośnie ogórek do surówki, wspominając przy tym brytyjską bajkę o kucharzach:) Mała siostra też miała swój wkład w związku z ciasteczkami - zjadła jedno ze smakiem:). 

Zapomniałabym! Ciasteczka wg przepisu niezastąpionej Doroty z mojewypieki.blox.pl. Palce lizać!


Ponieważ dziś niedziela, obiecuję candy na jutro:) Miłego wieczoru!